Dublin w 4 dni – co zobaczyć i jak zaplanować city break w Irlandii [2026]
Dublin w 4 dni to naszym zdaniem idealny balans pomiędzy zwiedzaniem miasta, klimatem irlandzkich pubów i spokojnym odkrywaniem miejsc, które naprawdę mają charakter 🍀
To jedno z tych miast, które od dawna siedziało nam z tyłu głowy. Z jednej strony człowiek wie mniej więcej, czego się spodziewać – puby, Guinness, muzyka na żywo i irlandzki klimat. 😉 Z drugiej strony… trochę baliśmy się, czy nasza bańka wyobrażenia o tym miejscu nie pęknie z hukiem 🤔
I tu od razu spojler… obawy były absolutnie nieuzasadnione 😏
Na miejscu szybko okazało się, że Dublin ma w sobie coś, czego trudno szukać w wielu innych miastach Europy. To nie jest miasto idealne. Momentami bywa chaotyczne, głośne i jest… drogie 💶. Jednocześnie jest bardzo autentyczne i ma swój klimat. Niesamowity klimat 🥰
Ten plan zwiedzania Dublina powstał po naszym realnym wyjeździe i jest ułożony tak, żeby miasto poznawać spokojnie, bez biegania od atrakcji do atrakcji. Dużo spacerów, pubów, klimatu miasta i kilka miejsc, które naszym zdaniem naprawdę warto zobaczyć podczas city breaku 🍀
Dublin na weekend – czy warto lecieć na city break?
Pewnie, że TAK! 🍀 Ale weekend to nieco za mało 👆
Są takie miasta, które od pierwszych minut próbują zrobić na Was ogromne wrażenie. Wszystko jest tam „najbardziej”, „najpiękniejsze” i „obowiązkowe”. Dublin działa zupełnie inaczej.
To miasto nie próbuje niczego udowadniać, a mimo tego bardzo szybko poczujecie, że ma swój charakter i klimat, którego coraz trudniej szukać w wielu europejskich stolicach. I chyba właśnie za tę autentyczność pokochaliśmy Dublin najbardziej 💚
Guinness to nie piwo… to religia 😉 Puby nie są zwykłymi barami… to świątynie 😏 Tu kręci się życie miasta. Ludzie wpadają po pracy na „pintę”, gra muzyka na żywo, a chwilę później okazuje się, że siedzicie tam już kolejną godzinę i zastanawiacie się… Jak do tego doszło? Nie wiem. 😅 Nawiasem… niektóre kościoły przerobiono na destylarnie whisky i puby.
Przypadek? Nie sądzę 🙂
Po 4 dniach wiemy, że Dublin po prostu dobrze się wspomina. Może przez ludzi, którzy są tutaj naprawdę mili i pomocni, a może przez ten irlandzki luz i Guinnessa potrafiącego zamienić szybkie wyjście… na pół wieczoru w pubie 🍻 💚

Jak dojechać z lotniska w Dublinie do centrum miasta?
Jest kilka opcji, więc po kolei:
Autobusy Aircoach + tramwaj LUAS
Przed Terminalem 1 lub 2 znajdziecie przystanek autobusów Aircoach. Koszt przejazdu to 9€ w okolice O’Connell Street. Jeśli chcecie się dostać w okolice Temple Bar, to musicie jeszcze podjechać zieloną linią LUAS, ale do tego potrzebujecie już karty Leap Card, o której w kolejnym rozdziale. Możecie też na przystanku kupić bilet jednorazowy za 2€.
W sumie zapłacicie 11€, a czas dojazdu to około 1h20min.
Bilety możecie kupić wcześniej przez aplikację lub na stronie Aircoach.
Autobus Dublin Express (Linie 782, 783, 784)
Autobusy które również odjeżdżają sprzed terminali. Interesują Was linie 782, 783 i 784. W przypadku Dublin Express za 10€ dojedziecie do samego centrum, a nawet dalej w okolice Camden Street. Jeśli tak jak my, zaplanujecie nocleg w okolicach Charlemont, to przystanek znajduje się przy Iveagh Gardens.
Koszt przejazdu 10€, a czas dojazdu to około 58min.
Bilety możecie kupić wcześniej na stronie DublinExpress. Jest nawet polska wersja językowa.

Taksówki i aplikacje (Uber, FreeNow) z lotniska w Dublinie
Zdecydowanie najwygodniej i najszybciej, ale też najdrożej. Jeśli podróżujecie sami lub w 2 osoby to mało opłacalne. Przy 3 osobach można już się skusić na większy komfort za niecałe 15€ od głowy. Przy 4 osobach wychodzi Wam już właściwie taka sama cena jak za autobus.
Koszt przejazdu około 44€, a czas dojazdu to około 30min.
Taksówki i przejazdy na aplikację odjeżdżają z tego parkingu przy lotnisku.
Komunikacja miejska w Dublinie i karta Leap Card dla turysty
Komunikacja miejska to przede wszystkim tramwaje LUAS poruszające się po mieście i kolej podmiejska DART. Niestety w Dublinie nie funkcjonują płatności zbliżeniowe kartą płatniczą czy telefonem, tak jak w Londynie, Barcelonie lub Nowym Jorku. Bilety jednorazowe możecie kupić w automatach na stacjach DART lub na przystankach LUAS. W przypadku autobusów u kierowcy. Przejazd krótki kosztuje 2€, a przejazd dłuższy 2,5€. Łatwiej jednak posługiwać się zbliżeniową kartą Leap Card, dzięki której przejazdy są tańsze o 0,5€ na jednym przejeździe.
Karta TFI Leap Card vs. Leap Visitor Card – co wybrać?
Tak, opłaca się, ale zależy na jak długo jedziecie do Dublina i jaką kartę wybierzecie.👇
Są dwa rodzaje kart: Karta TFI Leap Card i Leap Visitor Card. Pierwsza jest dla lokalsów, druga dla turystów.
We wpisie Leap Card i komunikacja miejska w Dublinie opisujemy Wam wszystko dokładnie ile co kosztuje, jak działa, gdzie kupić i jak korzystać z kart Leap.

Jak zaplanować Dublin w 4 dni?
Kiedy najlepiej lecieć do Dublina? Pogoda w Irlandii
Szczerze? Nie ma tutaj jednej dobrej odpowiedzi 🍀
Dublin potrafi być słoneczny, deszczowy i wietrzny praktycznie tego samego dnia, więc niezależnie od miesiąca warto po prostu zaakceptować irlandzką pogodę jako część całego doświadczenia 😅
My pojechaliśmy na majówkę i mieliśmy fart. Większość wyjazdu było słonecznie i dosyć ciepło. Padało tylko raz i to późnym wieczorem. Pogoda idealna na zwiedzanie.
Trzeba natomiast pamiętać, że w Dublinie pogoda może zmienić się błyskawicznie. Kurtka przeciwdeszczowa i bluza potrafią uratować dzień dużo bardziej niż dokładne sprawdzanie prognozy 😉
Jak poruszać się po Dublinie? Dlaczego warto chodzić pieszo?
Naszym zdaniem Dublin najlepiej poznaje się po prostu na piechotę 🍀
To nie jest ogromne miasto, w którym musicie codziennie spędzać godzinę w metrze albo planować dokładną logistykę. Większość najważniejszych atrakcji znajduje się stosunkowo blisko siebie, a samo chodzenie po Dublinie jest dużą częścią klimatu miasta.
Komunikacja miejska to przede wszystkim tramwaje LUAS i kolejka DART.
Czy Dublin jest drogi? Ceny w 2026 roku
Niestety… tak 😉
Już po pierwszym Guinnessie człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Irlandczycy tak dużo czasu spędzają w pubach. Skoro piwo kosztuje tyle co wykupienie miejscówki w PKP, to szkoda zwalniać krzesło 😅
Dublin zdecydowanie nie należy do tanich city breaków, szczególnie jeśli chodzi o noclegi, restauracje i puby. Z drugiej strony miasto da się całkiem rozsądnie ogarnąć pieszo i komunikacją miejską, która nie jest bardzo droga.
Kilka przykładowych cen:
- Pinta Guinessa (568ml) – w Temple Bar 11€, poza centrum np. Camden Street 7€
- Fish & Chips w restauracji – od 20€ w górę
- Śniadanie w budzie przy ulicy (kanapka + kawa) – 13,30€
- Śniadanie w restauracji – jajecznica 9,95€, omlet gourmet 12,95€, kawa o dziwo gratis 🙂
- Burger w słynnym Bobo’s Burger – od 13€ w górę
PRO TIP
Żeby nieco zaoszczędzić, możecie w każdym pubie zamówić pół pinty 😉 Cena to po prostu połowa pinty, więc mniej boli, a i pubów zwiedzicie więcej 🙂
Kilka miejsc gdzie dobrze zjedliśmy polecimy Wam w oddzielnym wpisie 😋 I będzie małe zaskoczenie… w jednej z restauracji podali nam jedno z najlepszych sushi jakie do tej pory jedliśmy podczas naszych wypraw. W Dublinie… serio 😮
Gdzie spać w Dublinie?
Dlaczego wybraliśmy Clayton Hotel Charlemont
Na początku naturalnie patrzyliśmy w stronę Temple Bar i ścisłego centrum. No bo wiadomo… puby, klimat, muzyka na żywo i wszędzie blisko. Im więcej jednak czytaliśmy i oglądaliśmy, tym bardziej zaczęliśmy mieć wrażenie, że mieszkanie dokładnie w tej okolicy przez kilka dni może być… po prostu męczące 😅 Mamy już swoje lata i wolimy spokój od rozkrzyczanej młodzieży 😉
Hotel Clayton Charlemont znajduje się trochę poza najbardziej turystycznym centrum, ale właśnie to okazało się jego ogromnym plusem. Okolica jest dużo spokojniejsza, bardziej „lokalna” i po całym dniu chodzenia po mieście naprawdę dobrze wracało się wieczorem nad kanał zamiast w sam środek imprezowego chaosu.
Poza tym… 50m od hotelu jest przystanek tramwajów LUAS. Przy hotelu jest świetny pub McCaffertys oraz genialna japońska restauracja Asahi Asian Street Food, na przeciwko sklep Centra, a parę kroków dalej Tesco Express.
No i lokalne śniadania w Grove Road Cafe w odległości 350m. Rewelacja 😋
Z hotelu do Camden Street macie 500m, do parku St Stephen’s Green 900m, do centrum (Temple Bar) przez Camden Street i Grafton Street jest 2,3km.
PRO TIP
Jeśli planujecie dużo spacerować po Dublinie i wracać wieczorami z pubów, okolice Charlemont naszym zdaniem są dużo wygodniejsze do nocowania niż sam Temple Bar. My do miasta szliśmy na piechotę, a z miasta, pod koniec dnia, wracaliśmy tramwajem LUAS.



Co zwiedzić w Dublinie? Gotowy plan podróży dzień po dniu
Dzień przylotu – pierwszy Guinness i Camden Street
Do hotelu Clayton Hotel Charlemont dotarliśmy około 15:00. Chwila odpoczynku po podróży, szybkie ogarnięcie się (na pokładzie dwie kobiety, więc 3 godziny to naprawdę ekspresowe tempo 🤣) i około 18:00 ruszyliśmy na delikatną eksplorację Dublina.
Na początek pub McCafferty’s koło hotelu, fish & chips i oczywiście pierwszy Guinness 🍻 Już po kilku minutach zaczęliśmy rozumieć, dlaczego Irlandczycy traktują pub trochę jak drugi dom 😅
Na końcu wpisu podamy Wam zestwienie gdzie dobrze zjedliśmy i co. 😉

Później przyszła pora na Camden Street i prosty plan… krótki spacer, jeden pub i powrót do hotelu 😉
Skończyło się oczywiście na odwiedzaniu kolejnych pubów i następnym Guinnessie 🍀😅




Dzień 1 – Camden Street, miasto i Guinness Storehouse
Pierwszy pełny dzień zaczęliśmy tak, jak powinno się zaczynać każdy dzień w Dublinie – spokojnie i bez budzika 😉 Śniadanie w hotelu, kawa i wymarsz w miasto około 10:00.
PRO TIP
W tym hotelu śniadań akurat nie polecamy. 15€ od osoby za jajecznicę z proszku to nie jest to co lubimy. Wygodnie, bo na miejscu, ale nie warte tych pieniędzy.

Camden Street, którą poprzedniego wieczoru poznaliśmy w wersji „pub za pubem”, w dzień wygląda zupełnie inaczej. Zamiast wieczornych iluminacji pubów, normalna, żyjąca ulica ze sklepami i ludźmi snującymi się leniwie po śniadaniu w pubie. 🙂 Stąd poszliśmy w kierunku ratusza, czyli w miasto. 🙂
Katedra Kościoła Chrystusowego i Dublinia
Do Christ Church nie weszliśmy. Zanim stanęliśmy w kolejce, zrobiliśmy to, co robimy zawsze przy atrakcjach – przejrzeliśmy zdjęcia wnętrza w Google Maps i uznaliśmy, że za 12€ od osoby to trochę dużo. Z zewnątrz wygląda świetnie, obeszliśmy ją dookoła i to nam w zupełności wystarczyło.
Nie namawiamy Was do tej samej decyzji – lubimy zwiedzać kościoły bo są fascynujące, szczególnie pod względem różnorodności, architektury i często klimatu. Ten nas po prostu nie przekonał.

Tuż obok katedry, w dawnym Synod Hall, mieści się Dublinia – muzeum wikińskiego i średniowiecznego Dublina. Oba obiekty łączy XIX-wieczny kryty mostek, więc przechodzicie z jednego do drugiego bez wychodzenia na ulicę.
Jeśli planujecie wejść do środka obu obiektów: jest bilet łączony i wychodzi taniej niż dwa osobne. O całe 2€. Szaleństwo 🤣 Sama katedra to 12€ od dorosłego, a Dublinia 15€. Łączony to 25€. Czysty zysk. To prawie 1/3 pinty Guinnessa poza centrum Dublina 😉
Rzecz warta odnotowania… oba miejsca zwiedzacie z audioprzewodnikiem po polsku, a czas zwiedzania oficjalna strona podaje 3,5 godziny. To też nas skutecznie zniechęciło bo czekał na nas Guinness Storehouse 😏
Bilety kupicie na oficjalnej stronie.
PRO TIP
Zanim kupicie bilet do jakiegokolwiek atrakcji, wejdźcie w Google Maps i przejrzyjcie zdjęcia dodane przez ludzi. W dwie minuty wiecie, czy chcecie tam wejść, czy szkoda Waszego czasu. Nie wszystko jest dla każdego, każdy ma swoje priorytety i to że inni gdzieś wchodzą nie musi oznaczać, że Wam też się to spodoba. Nie da się nigdy zobaczyć wszystkiego. Pamiętajcie o tym i nie zwiedzajcie wszystkiego na siłę 🙂

Church of Saint Augustine – i tu wstęp jest darmowy
Idąc dalej w kierunku Guinness Storehouse jest kościół św. Augustyna i Jana. Wstęp darmowy więc weszliśmy do środka. Naprawdę ładne wnętrze… na tyle, że wyszliśmy z lekkim poczuciem dobrze zaoszczędzonych pieniędzy na Christ Church 🙂



Pearse Lyons Whiskey Distillery
Kawałek dalej jest destylarnia Pearse Lyons. Tylko obok przechodziliśmy – jak na jeden dzień, jedna świątynia alkoholu w zupełności wystarczy 🙂 Ale sam budynek warto zobaczyć choćby z ulicy, bo szklana wieża kościoła wygląda naprawdę nietypowo. Żałujemy, że nie starczyło nam czasu żeby ją odwiedzić. Następnym razem nadrobimy mimo że bilety tanie nie są. Wycieczki z degustacją zaczynają się od 22€. Zobaczcie zdjęcia na Google Maps… myślimy że warto.😏

Guinness Storehouse – czy warto zapłacić za zwiedzanie browaru?
Warto. I to jest jedna z niewielu rzeczy w Dublinie, przy której nie mieliśmy poczucia, że przepłaciliśmy.
Pisaliśmy wcześniej, że Guinness w Irlandii to nie piwo, tylko religia. Storehouse jest tego dowodem. To nie jest zwykłe muzeum browaru… to świątynia, w której czuć celebrację tego ciemnego napoju. Siedem pięter, wszystko dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Wchodziliśmy sceptyczni… ot kolejna rozdmuchana atrakcja. Po godzinie łapiemy się na tym, że z pełnym przekonaniem czytamy o roli chmielu i słodu 😅
Zwiedzanie zajęło nam półtorej godziny i tyle właśnie podaje sam obiekt jako średni czas. Da się dużo dłużej, jeśli ktoś chce studiować wszystko i eksplorować we własnym tempie. My mieliśmy jeszcze w planach Temple Bar wieczorem, więc nie doktoryzowaliśmy się zbytnio. 😉







Bilety możecie kupić online na konkretny dzień i godzinę w 6 opcjach. Najtańsza (czyli ta podstawowa na 1,5 godziny) kosztuje 24€ od osoby. W cenie biletu pinta Guinnessa w słynnym, panoramicznym Gravity Bar na dachu browaru. Rezerwowaliśmy dzień wcześniej i szału z wyborem godzin już nie było.
Poszczególne pakiety i ceny możecie przejrzeć na oficjalnej stronie.
UWAGA! Gravity Bar to nie miejsce na spokojną pintę
Widok z Gravity Bar jest rzeczywiście świetny – 360 stopni na całe miasto. Problem w tym, że wszyscy kończą zwiedzanie w tym samym miejscu. Tłok jest olbrzymi, a znalezienie miejsca siedzącego graniczy z cudem. Swojego Guinnessa wypiliśmy na stojąco. Nie zniechęcamy, po prostu mówimy co Was czeka 🙂


PRO TIP — wychodzicie głodni, i to nie przypadek
Po półtorej godziny chodzenia i jednej pincie na pusty żołądek wychodzi się z browaru wygłodniałym. Zaraz przy wyjściu stoi buda Chipeen z frytkami i całym wyborem dodatków oraz sosów. Sprawdziło się 😋


Viking Splash Tours – amfibią po Dublinie
Tego akurat nie było w planie 😅 Stojąc pod kościołem Christ Church, obok przejechała amfibia pełna ludzi w rogatych hełmach, wrzeszczących na przechodniów. Popatrzyliśmy po sobie i w ciągu pięciu minut, stojąc na chodniku, zarezerwowaliśmy bilety przez internet na ten sam dzień.
Tak uczciwie: było fajnie, ale to nie jest coś, co koniecznie trzeba zrobić. Jeśli macie napięty plan na 4 dni, spokojnie możecie to pominąć. Tym bardziej że nie jest to tani event… 37€ od osoby. Jeśli natomiast lubicie takie lekkie, niepoważne atrakcje albo jedziecie z dziećmi… będzie dobra zabawa. My się nie nudziliśmy 🙂
Wycieczka trwa około godziny i piętnastu minut, z czego 15–20 minut to pływanie po Grand Canal Docks. Przewodnik po angielsku opowiada po drodze historie miejsc które mijacie. Odjazd spod St. Stephen’s Green North.
Bilety kupicie na oficjalnej stronie.
UWAGI PRAKTYCZNE!
Według organizatorów trzeba być w punkcie odjazdu 15 minut przed godziną z rezerwacji. Kto się spóźni, płaci pełną cenę i nie dostaje zwrotu. Rezerwację można przesunąć albo odwołać, ale najpóźniej 48 godzin wcześniej. My dobiegliśmy 5 minut przed odjazdem i też nas wpuścili 😉
Druga rzecz: peleryny przeciwdeszczowe kupujecie na miejscu po 2 €. Wycieczki jeżdżą w deszczu normalnie, zgodnie z rozkładem. Przy irlandzkiej pogodzie warto o tym wiedzieć.
I jeszcze jeden drobiazg, który może urosnąć do rangi dużego problemu: na pokładzie nie ma toalety, a w punkcie odjazdu też jej nie ma. Najbliższe są przy Stephen’s Green Shopping Centre. Tak że… takie rzeczy ogarniamy przed odjazdem 😉




Temple Bar wieczorem – pułapka na turystów, ale warto
Na koniec dnia poszliśmy tam, gdzie idą wszyscy, czyli do Temple Bar.
Powiedzmy sobie szczerze: to pułapka na turystów. Tłok, ciasno, głośno, a ceny sięgają sufitu. Pinta Guinnessa kosztuje tu 11€ i jest to najdroższy Guinness, jakiego piliśmy w całym mieście. Dla porównania na Camden Street ta sama pinta to 7€. Cztery euro różnicy, no ale płacimy za miejsce spożycia. 😉
Mimo to warto tego doświadczyć. Choćby raz. Bo klimat tego miejsca rzeczywiście jest, gra muzyka na żywo, a atmosfera daje się poczuć nawet przez tłum. Do kultowych pubów trudno się nawet wcisnąć, nie mówiąc już o dopchaniu się do baru. Ale ludzie się bawią i celebrują życie 🙂 Dla nas jednak za dużo, za głośno i potraktowaliśmy to jako jednorazową atrakcję, a nie jako miejsce na każdy wieczór. Oczywiście nasza córka była innego zdania, ale cóż… młodość 😉






Dzień 2 – Grafton Street, Zamek w Dublinie i Katedra św. Patryka
Po pierwszym, intensywnym dniu w Dublinie, dzień drugi zaczęliśmy na slow motion… czyli o 11:00 śniadaniem w Devitt’s Pub 🤣 Najedzeni typowo irlandzkim posiłkiem, ruszyliśmy w kierunku centrum.
Grafton Street i sklep Disneya
Grafton Street to główna handlowa ulica Dublina, w większości deptak, z ulicznymi grajkami co kilkadziesiąt metrów. Idzie się nią naturalnie w stronę Trinity College, więc i tak przez nią przejdziecie.

Zajrzeliśmy do sklepu Disneya… bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Fajnie zrobiony, ale to nadal sklep z pamiątkami w cenach z centrum stolicy 😉 Córka szukała sukienki Arielki, ja czapeczki z kreskówki „Potwory i spółka”.
Oboje wyszliśmy bez zakupów 🤷♂️ Jeśli jedziecie z dzieciakami to zarezerwujcie sobie minimum godzinę i gruuuuby portfel 😏



Murphy’s Ice Cream – lody, o których wszyscy piszą
Murphy’s to irlandzka marka, która robi lody z mleka od krów rasy kerry i słynie ze smaków, jakich nie znajdziecie nigdzie indziej. Na tablicy w lokalu były między innymi: Dingle Sea Salt (na własnoręcznie robionej soli morskiej), Irish Brown Bread z karmelizowanego pieczywa, Honeycomb Caramel, Chocolate Whiskey, Irish Cream Liqueur, Jasmine Green Tea czy Kieran’s Cookies. Duża porcja kosztuje 9,50€. Lodziarnia znajduje się tutaj.
Nasza ocena? Lody są dobre, ale daleko im do tych, które zjecie we Włoszech. Ciekawe smaki to główny powód, żeby tam wejść. Nadal twierdzimy, że najlepsze lody są w Italii 😉 A najlepsze na pewno pistacjowe w Bari… poczytajcie Bari w 3 dni – co zobaczyć i jak zaplanować city break



Trinity College – na dziedziniec wchodzicie za darmo
Ważna rzecz dla planujących budżet: wejście na dziedziniec Trinity College jest bezpłatne. Możecie spokojnie wejść przez główną bramę, obejść zabudowania i poczuć klimat najstarszego uniwersytetu w Irlandii, nie płacąc ani eurocenta.
Płaci się dopiero za Book of Kells Experience, Starą Bibliotekę i zwiedzanie koledżu z przewodnikiem. To zupełnie osobny bilet i osobne wejście. My zostawiliśmy to sobie na Dzień 3, więc wrażenia opiszemy dalej.

O’Connell Bridge, pomnik O’Connella i Most Ha’penny
Klasyczny spacer przez Liffey. Most O’Connella jest o tyle nietypowy, że jest szerszy niż dłuższy. Łatwo przejść po nim i w ogóle nie zauważyć, że to most. Po północnej stronie stoi pomnik Daniela O’Connella, zwanego „Wyzwolicielem”. Doprowadził do zniesienia prawnej dyskryminacji katolików w Zjednoczonym Królestwie i zrobił to bez jednego wystrzału, samą polityką i masową mobilizacją ludzi. Jak na kraj z takim temperamentem obywateli to naprawdę spory wyczyn. 😏
A kilkaset metrów dalej w górę rzeki znajdziecie Most Ha’penny…to ten biały, żeliwny, z każdej pocztówki z Dublina.
Nazwa wzięła się z opłaty, jaką kiedyś pobierano za przejście: pół pensa. Dlaczego? Bo to był jedyny most 🙂 i zbudowany przez prywatnego przedsiębiorcę Williama Walsha. Dziś przechodzi się za darmo, tylko trzeba się przecisnąć między robiącymi zdjęcia 🙂


Dublin Portal – pomachaliśmy do rodzinnego Lublina
I tu niespodzianka, której nie planowaliśmy. Dublin Portal to instalacja z wielkim, okrągłym ekranem, przez który na żywo widzicie ludzi w innym mieście i oni widzą Was. Co kilka minut miasto po drugiej stronie się zmienia.
Staliśmy sobie, patrzyliśmy, aż nagle po drugiej stronie pojawił się… Lublin. Czyli nasze rodzinne miasto 😄 Pomachaliśmy sąsiadom z drugiego końca Europy. 👋 Tego się nie da zaplanować i to była jedna z tych rzeczy, które zapamiętaliśmy z Dublina najlepiej.
Gdyby ktoś szukał to Dublin Portal znajduje się tutaj, a Lublin Portal jest tutaj.

Zamek w Dublinie – i bardzo ważne ostrzeżenie
Do zamku weszliśmy za darmo, bo akurat trafiła się jakaś promocja. Ogrody były wtedy niedostępne.
W środku? No cóż… klasyczny przerost formy nad treścią jak to zwykle bywa w takich miejscach. Od 1204 do 1922 roku Dublin Castle był siedzibą władzy angielskiej, a później brytyjskiej w Irlandii. Mieszkał tu przedstawiciel monarchy, czyli wicekról Irlandii, i stąd zarządzano całym krajem.
Kluczowa data dla Irlandczyków to 16 stycznia 1922. Ostatni wicekról przekazał wtedy zamek Michaelowi Collinsowi i rządowi świeżo niepodległego państwa.
Przyjmowano tu między innymi Benjamina Franklina, królową Wiktorię, Charlesa Dickensa, Johna F. Kennedy’ego, Nelsona Mandelę i Elżbietę II. A w latach 1866–1878 pracował tutaj urzędnik nazwiskiem Bram Stoker… ten sam, który później napisał „Draculę” 🙂
UWAGA! Zamek w Dublinie jest ZAMKNIĘTY dla zwiedzających do stycznia 2027
Byliśmy tam 2 maja 2026. Trzy dni później, 5 maja, zamek zamknięto dla publiczności. Irlandia przejmuje prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, a Dublin Castle jest głównym państwowym obiektem, w którym odbywają się konferencje, spotkania, kolacje i przyjęcia. Zamknięty jest cały teren, nie tylko Apartamenty Państwowe.



Katedra św. Patryka – tu warto wejść do środka
Zrobiliśmy to samo co przy Christ Church… przejrzeliśmy zdjęcia wnętrza w Google Maps. Tyle że tym razem wniosek był odwrotny. Wnętrze wygląda naprawdę ciekawie, więc… wchodzimy.
I dobrze zrobiliśmy. Klimat tego miejsca jest wyjątkowy. Czuć tutaj coś czego nie da się opisać. Coś jak podróż w czasie. To największy kościół w Irlandii i katedra narodowa Kościoła Irlandii. Na posadzce leżą płyty nagrobne z nazwiskami rytymi w średniowieczu, a nad nawą wiszą chorągwie Rycerzy Orderu św. Patryka.
Ciekawą postacią związaną z tym miejscem jest Jonathan Swift, autor „Podróży Guliwera”, który przez ponad trzydzieści lat był tutaj dziekanem i tutaj został pochowany.
Wejście kosztuje 11,50€, zajmie Wam to około godziny, a bilety możecie kupić przy wejściu lub online.






Po tej ekscytującej wizycie wróciliśmy spacerem pod hotel, gdzie w Asahi Asian Street Food zjedliśmy genialne sushi. Po posiłku nie chciało nam się już nigdzie iść, więc zeszliśmy do hotelowego Lockside Bar. Pinta Guinnessa 7€, czyli dokładnie tyle, co poza centrum… o 4€ taniej niż w Temple Bar.
To zresztą jeden z powodów, dla których nocleg poza ścisłym centrum ma sens. Po całym dniu chodzenia po mieście można zejść na dół i wypić Guinnessa, nie płacąc turystycznej stawki i nie wychodząc na ulicę.
Dzień 3 – Phoenix Park i Trinity College
To był dzień, w którym najwięcej chodziliśmy i zaliczyliśmy 3 duże atrakcje, które mieliśmy w planach. Poza Trinity College odwiedziliśmy Phoenix Park i poszliśmy na pokaz tańca irlandzkiego. Dzień pełen wrażeń.
Śniadanie zjedliśmy koło 10:00 w Grove Road Cafe (tradycyjna irlandzka knajpa śniadaniowa 350m od hotelu) i ruszyliśmy w miasto… piechotą 😏
Spacer wzdłuż Grand Canal – najprzyjemniejsze 40 minut w Dublinie
Po śniadaniu poszliśmy wzdłuż kanału i dalej ulicą Clanbrassil Street w stronę St Audoen’s. Około 2,5 kilometra, 40 minut na spokojnie.
I to był jeden z najlepszych fragmentów całego wyjazdu, choć nie ma go na żadnej liście atrakcji. Ścieżka biegnie nad wodą pod drzewami, mijają Was miejscowi z psami i biegacze, a nie grupy z przewodnikiem. Jeśli nocujecie w okolicach Charlemont, macie to pod nosem i naprawdę warto pójść tędy zamiast jechać tramwajem.
To zresztą argument za spacerowaniem po Dublinie. Miasto jest na tyle małe, że przejście z dzielnicy do dzielnicy zajmuje pół godziny, a po drodze widzicie rzeczy, których z okna LUAS-a nie ma szans zobaczyć.

Po drodze minęliśmy St Audoen’s, czyli jedyny zachowany średniowieczny kościół parafialny w Dublinie. Potem podeszliśmy pod destylarnię Jamesona. Do środka nie weszliśmy, bo godzina 11:30 to nie jest dobra pora na degustację mocnych trunków 🤣, a poza tym gonił nas czas.
Jeśli macie do wyboru Guinness Storehouse albo Jamesona i nie zrobicie obu, my postawilibyśmy na Storehouse, ale mówimy to jako ludzie, którzy u Jamesona byli tylko na dziedzińcu, więc traktujcie to z rezerwą.
PRO TIP
Dlaczego takie atrakcje nie są naszym priorytetem? Z doświadczenia wiemy jak to wygląda i wszędzie wygląda podobnie. Byliśmy na takim evencie w destylarni rumu Macorix na Dominikanie. Jest przygotowany obchód po wyznaczonej ścieżce z przewodnikiem, który opowiada historię (ale nie po halach produkcyjnych), a pod koniec degustacja kilku rodzajów trunków. Po wszystkim wychodzicie do sklepu gdzie oczywiście możecie nabyć drogą kupna, to co wam smakowało. Ot i cała atrakcja 😏


Phoenix Park – czyli… jelenie w terenie 😉
Z okolic destylarni dojechaliśmy tramwajem LUAS do stacji Heuston i dalej pieszo. Do wejścia na teren parku to jakieś 450m. Jelenie znaleźliśmy po jakichś 2 kilometrach, mniej więcej 500 metrów przed Papieskim Krzyżem, po lewej stronie. Było ich tam naprawdę sporo.
Podajemy tak dokładnie, bo Phoenix Park jest ogromny. Same trawniki zajmują 398 hektarów, lasy kolejne 220. Bez konkretnego kierunku można chodzić długo i nie zobaczyć nic poza aleją.
Jelenie są tu z powodów historycznych. Park założono w 1662 roku i pierwotnie otwarto go jako królewski park jeleni, ze zwierzętami sprowadzonymi z Wielkiej Brytanii. Dzisiejsze stado w dużej części od nich pochodzi. Nawiasem… daniele w ogóle nie są w Irlandii gatunkiem rodzimym, przywieźli je Normanowie w 1244 roku.
UWAGA! 50 metrów dystansu to w praktyce fikcja
Zarząd parku prosi wprost: żadnego karmienia i minimum 50 metrów dystansu. Zasada słuszna, tylko że rzeczywistość wygląda inaczej… i to wyłącznie z winy ludzi.
Jelenie same podchodzą. Nie boją się, bo liczą, że coś od Was dostaną. Zwierzęta nauczyły się, że przy człowieku jest jedzenie, i tyle. Jeśli odejdziecie od nich szybkim krokiem, potrafią po prostu iść za Wami. Co możecie zrobić? Nie karmić. Dieta tych zwierząt to w 90% trawa, ludzkie jedzenie im szkodzi, a każde nakarmienie utrwala nawyk, przez który dystans przestaje istnieć. Jeśli już musicie, to dajcie im gałązkę z liśćmi, i to taką która samoistnie się ułamała. Nie niszczcie parkowej flory.
I pamiętajcie, że to są dzikie zwierzęta, których reakcji nie da się przewidzieć, nawet jeśli podchodzą jak owce. Nie pchajcie dzieci pod samce z porożem, choćby wyglądały na oswojone.




Pokaz tańca irlandzkiego – czyli jak sami sobie zrobiliśmy kuku 🤷♂️
Na to czekaliśmy chyba najbardziej z całego wyjazdu, bo bardzo lubimy taniec irlandzki. Bilety kupione przez internet, 25€ od osoby. Pokaz tańca irlandzkiego o 14:30 w kultowym Merchant’s Arch, z nauką tańca w pakiecie. Brzmi rewelacyjnie, ale…


W ciągu dnia, gdy chodziliśmy po mieście, zadzwoniła pani od organizatora. Na ulicy było głośno, pani mówiła irlandzkim angielskim, a my zrozumieliśmy mniej więcej co trzecie słowo. Chodziło o to, że pokaz odbędzie się w innym miejscu i czy się zgadzamy. Powiedzieliśmy „no problem” 🙂 No i zgodziliśmy się. Na własne życzenie. 🤷♂️
Tak naprawdę myśleliśmy że w innej sali, czy coś takiego.
Na miejscu okazało się, że przeniesiono nas na drugą stronę rzeki, do The Grand Social. Co ciekawe, pokaz w Merchant’s Arch odbywał się normalnie, w tym samym czasie, tylko już bez nas. Wygląda to tak, że sprzedają więcej biletów, niż mieści lokal, a nadwyżkę przerzucają do drugiego miejsca.
Jest z tym jeden duży problem… The Grand Social nie dorównuje Merchant’s Arch ani klimatem, ani poziomem występu. Tańczące dziewczynki z jakiegoś liceum są bardzo miłe, ale nie oszukujmy się… to jeszcze nie ten poziom. Czekając na pokaz w Merchant’s Arch widzielismy zespół, który wchodzi na salę i widać było że to profesjonaliści. Tam jest drewniana podłoga, inna akustyka i wystrój wnętrza. W The Grand Social otrzymujecie podróbę i to za pieniądze oryginału. Uważamy, że te 75€ poszło w błoto, ale winę rozkładamy po połowie. Organizator zrobił to, co robi się z nadmiarem biletów, a my daliśmy „no problem” na pytanie, którego nie zrozumieliśmy.
Wniosek na przyszłość mamy jeden i jest banalny: jeśli nie rozumiecie dokładnie, o co pyta osoba po drugiej stronie, nie mówcie „tak”. 😉 A sala w The Grand Social wygląda tak 👇

Trinity College i Book of Kells – 39 € i lekkie rozczarowanie
Wróciliśmy do Trinity College na wycieczkę z przewodnikiem o 17:00. Kupiliśmy pakiet: spacer po kampusie plus Book of Kells Experience i Stara Biblioteka, 39 € od osoby. Sam spacer trwa 45 minut i jest prowadzony po angielsku. Całkiem fajna wycieczka, przewodnik opowiada ciekawe historie i wpuszcza do miejsc, które dla ogółu są niedostępne.




Po spacerze z przewodnikiem idziecie do Long Room, czyli słynnej sali bibliotecznej znanej z każdego zdjęcia Dublina. I tu niestety rozczarowanie… półki są właściwie puste. Książki stoją tylko na pierwszych czterech regałach, reszta zieje pustką. To nie był nasz pech… na stronie uczelni wisi komunikat, że w ramach przebudowy Starej Biblioteki większość książek została wyniesiona. Czyli każdy, kto jedzie tam teraz spodziewając się widoku z pocztówki, zobaczy to samo co my.
Gdybyśmy nie mieli tego w pakiecie to na pewno byśmy zrezygnowali z wizyty w tym miejscu. To jak płacenie za autostradę A4 w wiecznym remoncie. Poczucie źle wydanych pieniędzy.😉 Generalnie… duży ścisk i doświadczenie, które nas po prostu nie porwało. 🤷♂️

Book of Kells to najsłynniejszy zabytek Irlandii. Jest to bogato zdobiony rękopis czterech Ewangelii po łacinie, spisany na cielęcym pergaminie około roku 800. Nie była to księga do codziennego użytku, tylko przedmiot ceremonialny. Trzymano ją w relikwiarzu i wystawiano na ołtarzu podczas najważniejszych nabożeństw. Ma 340 kart, a zdobienia są tak drobne, że części z nich nie da się dostrzec gołym okiem.
Rękopis jest na stałej ekspozycji w Skarbcu Starej Biblioteki, w klimatyzowanej, chronionej gablocie. Wystawione są dwie strony naraz. Jedna zdobiona, druga tekstowa. UWAGA! Nie wolno robić zdjęć. Jeśli chcecie przejrzeć sobie dokładnie każdą stronę, to kompletny skan jest udostępniony na stronie uczelni pod tym linkiem. Wystarczy w wyszukiwarce na stronie wpisać „Book of Kells” i znajdziecie skany całej księgi.
Przy wejściu pobieracie audioprzewodnik, który jest też po polsku. Oprócz samej księgi posłuchacie o całej historii jej powstawania. Oczywiście nie zabrakło też nowoczesnych, multimedialnych prezentacji.



W sumie cały pobyt na terenie kampusu zamknęliśmy w 2 godzinach, ale przyznam, że przez Book of Kells przelecieliśmy. Odchaczyliśmy temat z małym zainteresowaniem 😏
The Church – pub w dawnym kościele
Po sporej dawce narodowej kultury, poszliśmy do The Church, czyli pubu urządzonego w dawnym kościele. Pisaliśmy na początku, że w Dublinie kościoły przerabia się na destylarnie i puby… tutaj macie tego najlepszy przykład.
Bardzo ciekawe miejsce, ale mnóstwo ludzi. Pintę wypiliśmy na stojąco, bo nie było gdzie usiąść. Znajome uczucie po Gravity Bar 😉 I tu ironia całego dnia… właśnie tutaj, przypadkiem i bez biletu, zobaczyliśmy pokaz tańca irlandzkiego. Ten, za który po południu zapłaciliśmy 75 €, obejrzeliśmy wieczorem gratis, na wysokim poziomie i przy piwie. 👍



Dzień 4 – St Stephen’s Green i Howth
St Stephen’s Green Park
Z hotelu wyszliśmy około 10:00. Śniadanie z kawą kupiliśmy na wynos po drodze w The Tram Cafe i zjedliśmy w parku St Stephen’s Green.
Sam park to kawałek zieleni w samym środku miasta, z alejkami, stawem i ławkami, na którym o poranku siedzą głównie dublińczycy, nie turyści. Jeśli macie po drodze kwadrans, warto usiąść i zjeść tam śniadanie zamiast w kawiarni.
Przez ponad pół wieku park był prywatny. Od 1814 roku dostęp mieli tylko ci, którzy wynajmowali klucze od zarządzającej nim komisji. Działo się to wbrew prawu miejskiemu z 1635 roku, które nakazywało, żeby miejska zieleń służyła wszystkim, i mieszkańcy Dublina byli tym otwarcie… wkurzeni. 😏
Zmienił to Sir Arthur Guinness, który wychował się w domu przy samym parku. W 1877 roku odkupił Green od komisji, spłacił jego długi i przeprowadził ustawę oddającą park pod publiczny zarząd. Sam brał udział w projektowaniu. Z tamtej przebudowy pochodzi staw z wodospadem, mostek i sztuczne skały po zachodniej stronie. Całość kosztowała go około 20 000 funtów. 27 lipca 1880 roku, po trzech latach prac i bez żadnej ceremonii, otwarto bramy dla wszystkich.
Czyli w Dublinie nawet park mieszkańcy zawdzięczają Guinnessowi 😉
Żeby nie było zbyt sielsko… w Poniedziałek Wielkanocny 1916 roku park zajęła Irlandzka Armia Obywatelska podczas powstania wielkanocnego. Ślady po tamtych wydarzeniach wciąż są w mieście widoczne, ale o tym sobie doczytajcie. Nie będziemy przynudzać. 😉
PRO TIP
Wstęp do parku jest bezpłatny, ale godzina zamknięcia zmienia się co dwa tygodnie wraz z długością dnia. W maju, czerwcu i lipcu park zamyka się o 21:00, ale już we wrześniu o 19:00, a w listopadzie o 16:00. Otwarcie: 7:30 w dni powszednie i soboty, 9:30 w niedziele i święta. Aktualną tabelę znajdziecie na stronie parku. Jest też darmowy audioprzewodnik do pobrania na telefon.




DART do Howth
Ze stacji Tara Street wsiedliśmy około 12:00 w kolejkę DART. Przejazd trwa jakieś 30 minut i tyle dzieli centrum Dublina od nadmorskiego miasteczka, w którym powietrze pachnie już zupełnie inaczej.
Zaraz po wyjściu z pociągu zatrzymaliśmy się na pół pinty w The Bloody Stream, pubie mieszczącym się w budynku dworca. Nazwa brzmi mrocznie, ale pub jest jednak przyjemny 😉
Klify, opactwo i latarnia
Z dworca poszliśmy w stronę Howth Pier. Po prawej stronie zobaczyliśmy ruiny St. Mary’s Abbey, więc naturalnie tam zajrzeliśmy. Potem weszliśmy na szlak prowadzący na klify i doszliśmy do punktu widokowego na latarnię Baily. Wróciliśmy ścieżką Tramline.
Wszystkie szczegóły na temat szlaku, opactwo, zamek i port opisujemy w osobnym wpisie: Półwysep Howth – jak zaplanować dzień i przejść szlak Howth Cliff Walk.
Czy Howth Cliff Walk jest trudny? Naszym zdaniem nie…
…ale zależy jak daleko chcecie dojść. Z portu do początku klifów jest 130 metrów przewyższenia. Brzmi niewinnie i w praktyce też takie jest, choć trafiają się dwa trochę bardziej strome podejścia. Poza nimi idzie się dość płasko. Na samym klifie prowadzi ścieżka szutrowa, miejscami wąska, ale bez problemu można się na niej minąć z idącymi z naprzeciwka. Jeśli jest sucho, zwykłe adidasy w zupełności wystarczą. Po drodze jest kilka ławeczek i spora polana, więc jest gdzie usiąść i odpocząć.
Jedyny naprawdę stromy fragment to podejście od punktu widokowego na latarnię Baily do parkingu na górze: 290 metrów odległości przy 44 metrach przewyższenia. Strome, ale do przejścia spokojnym tempem. Po całej wycieczce byliśmy zmęczeni, ale nie padaliśmy na twarz. Jeśli chodzicie normalnie po mieście, poradzicie sobie.

Co i gdzie zjeść w Dublinie
Nie napiszemy Wam… „Najlepsze jedzenie jest tutaj”. Szczerze to denerwują nas takie wpisy i rolki ludzi, którzy pojechali gdzieś na parę dni i stają się kulinarnymi ekspertami. 🤦♂️ Ufamy natomiast blogerom mieszkającym w danym miejscu, bo wiedzą o czym mówią.
Poza tym… każdy ma inny gust. Gdybyśmy spędzili w Dublinie miesiąc i codziennie testowali po 4 restauracje, to może mielibyśmy minimalne prawo napisania, że tutaj jest najsmaczniej.
Napiszemy Wam natomiast gdzie zjedliśmy dobrze i z czystym sumieniem możemy polecić.
Grove Road Cafe
Tu zjedliśmy naprawdę rewelacyjne śniadanie. Jakieś 250m od hotelu Clayton Hotel Charlemont. Może się zdarzyć, że na miejsce siedzące będziecie musieli chwilę poczekać.
Zjedliśmy klasyczne Irish Brekfast, jajecznicę oraz tosty z jajkiem i bekonem. Porcja na jedną osobę to około 18€ z kawą. No takie są ceny w Dublinie 😏
Lokalizacja Grove Road Cafe




Devitt’s Pub
Kolejne dobre śniadanie. Zjedliśmy tradycyjny Breakfast Roll za 13€, jajecznicę za 10€ i omlet za 13€. W cenie każdego śniadania była kawa GRATIS!. Jak na Dublin, bardzo przyzwoite ceny i przede wszystkim smacznie.
Podobnie jak w poprzednim lokalu miejsca może nie być od razu, bo stołuje się tu wielu lokalsów 😏
Lokalizacja Devitt’s Pub




The Tram Café Clonmel Street
Po drodze z Clayton Hotel Charlemont do St Stephen’s Green Park warto zajść na śniadanie do The Tram Cafe. Oferują pyszne kanapki ze świeżym pieczywem i chyba tam też piliśmy najlepszą kawę.
Ceny kanapek to 9,5€, kawa 3,80€, więc na głowę wychodzi około 13€. Warto wziąć na wynos, pójść do parku St Stephen’s Green, siąść na ławce wśród zieleni i oddać się porannemu relaksowi 😏
UWAGA! Mewy i gołębie na pewno będą zaczepiały i żebrały o jedzenie 😉
Lokalizacja The Tram Café Clonmel Street



McCafferty’s at The Barge
Czyli Fish & Chips i Guinness 🙂 Pub znajduje się tuż obok Clayton Hotel Charlemont, ale otwierają się dopiero o 12:00, więc śniadania odpadają. Wspomniane już danie kosztuje 20€ a pinta 7€.
Porcje są naprawdę spore i smaczne. Onion Rings wymiatają 😋 Menu jest dość bogate, więc każdy coś dla siebie znajdzie.
Lokalizacja McCafferty’s at The Barge




BóBós Burgers Restaurant
Słynna burgerownia w Dublinie. W Google Maps ocena 4,6 🤔 Jak wspominaliśmy wcześniej… dobre, ale bez szału. Dla nas maksymalnie 3,5 🤷♂️ Zjadłem Organic Wagyu Beef Burgera za 19€ i ta wołowina nie była taka, jaka być powinna. Cheeseburger kosztuje 14€ i też przeciętnie. Generalnie burgery nie grzeszą wielkością, więc duży chłop się nie naje 😏
Jeśli to są najlepsze burgery w Dublinie to wniosek jest jeden… w tym mieście nie warto jeść burgerów, i tyle. Jeśli jednak chcecie spróbować to nie krępujcie się 🙂
Lokalizacja BóBós Burgers Restaurant



Asahi Asian Street Food
I na koniec perełka… nasze największe odkrycie kulinarne w Dublinie 🙂 Restauracja azjatycka z sushi i innymi pysznymi rzeczami. To co się tam smakowo wydarzyło było naprawdę wielkim zaskoczeniem.
Bardzo lubimy sushi i próbujemy często w różnych miejscach na świecie. Przeważnie jest poprawne, ale naszym wyznacznikiem TOP jest niezmiennie japońska restauracja w Dubaj Marina, która niestety już nie istnieje. Potem na naszej liście było długo, długo nic i straciliśmy już nadzieję, że to się zmieni.
I właściwie zupełnym przypadkiem, bo z lenistwa, poszliśmy do Asahi Asian Street Food która jest przy samym wejściu do Clayton Hotel Charlemont. Żeby nie przynudzać… nr 2 w naszym rankingu znalazł właściciela 😋
Wszystko jest NIESAMOWITE!
Nie powiemy Wam ile zapłąciliśmy, bo nie pamiętam. Wpadliśmy w smakowy trans i domawialiśmy różne dania, aż ledwo stamtąd wyszliśmy 🤣 Naprawdę polecamy 👍
Lokalizacja Asahi Asian Street Food




Dublin w 4 dni – czyli co zrobilibyśmy inaczej, a co tak samo
Od tego wpisu zmieniamy formę podsumowania na bardziej, naszym zdaniem, użyteczną. Plan, który opisaliśmy wyżej, sprawdził się w praktyce i w zasadzie byśmy go powtórzyli. Ale kilka rzeczy zrobilibyśmy inaczej i chcemy, żebyście uczyli się na naszych błędach. 😉 Oczywiście pamiętajcie, że to nasze zdanie i nasze subiektywne odczucia.
Odpuścilibyśmy Book of Kells. 39€ od osoby za bibliotekę, w której książki stoją na czterech pierwszych regałach, to naszym zdaniem za dużo. Dopóki trwa przebudowa Starej Biblioteki, sam dziedziniec Trinity (za darmo) w zupełności wystarczy.
Nie zgodzilibyśmy się na zmianę miejsca pokazu tańca irlandzkiego. Kupiliśmy do Merchant’s Arch i tam chcieliśmy być. Te 75€ to najgorzej wydane pieniądze całego wyjazdu, a taniec irlandzki i tak zobaczyliśmy wieczorem w pubie, przy okazji i bez biletu.
Zostalibyśmy przy tej samej okolicy noclegu. Charlemont sprawdził się w stu procentach: spokojnie, tramwaj pod nosem, pinta o 4€ tańsza niż w centrum, a do Temple Bar 2,3 km spacerem. To była najlepsza decyzja przed wyjazdem.
Daliśmy Howth jeden dzień i to było minimum. Gdybyśmy mieli piąty dzień, spędzilibyśmy go właśnie tam.
Termin: maj. Dzień długi, parki zielone, tłumy jeszcze znośne. Mieliśmy fart z pogodą, ale kurtki przeciwdeszczowe i tak były w plecaku każdego dnia.
A czy damy radę fizycznie? Bez podjazdów, bez schodów, bez wspinaczek. Dublin to miasto do chodzenia i tak je poznaliśmy… na piechotę. Wieczorem wracaliśmy tramwajem, gdy nogi już protestowały. Najbardziej wymagający jest szlak po klifach w Howth. Po nim byliśmy zmęczeni, ale nie wykończeni.
Pamiętajcie, że w Irlandii gniazdka elektryczne są typu angielskiego. Przejściówki są konieczne.
Zobacz również
Półwysep Howth pod Dublinem – jak zaplanować dzień i przejść szlak Cliff Walk
Leap Card i komunikacja miejska w Dublinie – jak to działa i czy się opłaca? [2026]





